Press "Enter" to skip to content

Zakupy? Czemu nie

Dobra, nadszedł czas, że mogę pisać w końcu notki na bieżąco (chociaż niektóre pewnie nadal będę pisał z wyprzedzeniem, „na zapas”). Padnięty trochę jestem, wczoraj pół dnia łaziliśmy, dzisiaj dopiero niedawno wróciłem (wyszliśmy przed 12-stą, a jest po 19), ale bynajmniej nie był to czas stracony!

Wczoraj od razu po zajęciach uznaliśmy, że trzeba zjeść obiad (właściwie to śniadanie, bo prawie nikt z nas nie je rano, więc w przerwie po 12 jemy dopiero śniadanio-lunch, brunch?) i gdzieś jechać, byle nie siedzieć w akademiku. Pojechaliśmy metrem w okolice Wudaokou, ale z zamiarem spaceru i może skoczenia żeby kupić jakieś ciuchy. Sporo nas było i ostatecznie (mam wrażenie, że jak zwykle) celu nie wykonaliśmy. Ale trochę pochodziliśmy i było dość przyjemnie.

Nie pisałem jeszcze o tym chyba, ale w Pekinie (pewnie i w całych Chinach) bardzo popularne jest sprzedawanie różnorakich rzeczy na ulicy. Kupić można owoce, świeżo wyciśnięty sok, akcesoria na komórki czy nawet zwierzątka! Wczoraj właśnie natrafiliśmy na faceta, który sprzedawał żółwiki, rybki i maleńkie króliczki! Do żarcia prosto z ulicy nadal jakoś nie mogę się przekonać: ananasy są obrane, ale są obierane na bieżąco przez sprzedawców (ręce niemyte raczej), do tego smog w powietrzu… No, nie za ciekawie to wygląda, ale ponoć ananaski właśnie są przepyszne, jeden z kolegów został ich fanem.

 I tak po dość długim spacerze, kiedy to praktycznie nie zrobiliśmy nic poza łażeniem (dziewczyny jeszcze wskoczyły na jakieś żarcie do KFC), podreptaliśmy do metra i wróciliśmy na naszą stację. Po drodze do akademika, postanowiliśmy wypić jakiś alkohol, a ja dzień wcześniej akurat widziałem jakieś chińskie wino. Za 12元. 6 zł. Za litr. Kupiłem. Dziewczyny wzięły jakieś inne wina, a jedna odważyła się na „ananasowego” drinka. Był przepaskudny, nie polecam. Chociaż innej koleżance smakował. Cóż, różne są gusta. Moje wino też było niesmaczne (to po lewej), ale udało mi się osuszyć pół butelki zanim spasowałem.

Dzisiaj z rana mieliśmy wielką mobilizację żeby pojechać na Sanlitun: miejsce słynące z wielu pubów i klubów, a także miejsce, gdzie można spotkać prawdopodobnie najwięcej białych twarzy. Z niewielką obsuwą, ale dojechaliśmy na miejsce koło trzynastej z jednym zamiarem: iść do pobliskiego targowiska kupić jakieś ciuchy. Ja chciałem głównie buty, więc za tym właśnie się rozglądałem. Znalazłem całkiem ładne Converse’y i Vansy. Przymierzyłem, mówię, że są OK i wtedy zaczęła się zabawa. W Chinach w takich miejscach można się targować. Pani na początku zaśpiewała cenę 650元 za dwie pary. Powiedziałem, że to za drogo. Ona przekonuje mnie „its de best prajs, aj łil giw ju de best prajs, luk” po czym wystukała na kalkulatorze 600. Nadal twardo mówię, że nie i się z nią droczę. Po zjeździe do 400 mówię, że mam tylko 250 w portfelu. A ona, że opchnie mi za 350, bo przecież mogę pożyczyć od przyjaciół. „O nie nie nie, jestem Polakiem, my sobie nie pożyczamy pieniędzy!”- mówię i dalej się targuję. Postawiłem na swoim i się udało. Nadal uważam, że trochę przepłaciłem, bo spokojnie mogłem to kupić za jakieś 150元, ale to był mój pierwszy raz i nie wiedziałem jak bardzo mogę ją podpuszczać. Następnym razem będzie lepiej.

 

 

Połaziliśmy jeszcze potem po wszystkich piętrach (na dole buty i koszulki, wyżej spodnie, koszule, i tak coraz więcej, na górze elektronika, pamiątki itd), ale po pół godziny miałem już dość: „hej luk, du ju łont a szirt? hej mister, anderłer for ju! mejbi łont a belt? weri czip!” skutecznie mnie zniechęciły. No i faktycznie nie miałem już kasy w portfelu, więc postanowiliśmy pokręcić się trochę w okolicy. W okolicach samego parku handlowego Sanlitun ceny prawdziwie turystyczne: za pucharek lodów 68元 czyli 35zł. Do tego masa europejskich sklepów, zaszliśmy nawet do Starbucksa i Costy.

I znowu poczuliśmy się jak jakieś gwiazdy. Idziemy sobie spokojnie z Magdą, więc dwójka blondynów. I nagle z tłumu wyłania się pan z kozacką lustrzanką i pokazuje, że chce zrobić nam zdjęcie. Przystajemy, on cyka pierwsze. Wyskakuje drugi pan. I kolejne 3 osoby. W sumie pięć. To już nie pierwszy raz, wcześniej było tak na placu Tiananmen. Śmieszne to uczucie, ale czasem można poczuć się też trochę jak małpa w Zoo, kiedy wszyscy ciągle się na nas gapią. Pal licho, jak robią to dzieciaki, może naprawdę widzą białego pierwszy raz w życiu. Ale dorośli ludzie? Chociaż w Polsce też chyba nadal tak reagujemy na czarno- czy żółtoskórych, przynajmniej mam takie wrażenie. Ale nadal nie w takim stopniu, żeby robić im zdjęcia, czy coś.

 Na koniec postanowiliśmy się jeszcze trochę przejść i pozwiedzać okolicę i uznaliśmy z Magdą, że w końcu trafiliśmy mniej więcej w miejsce, jakiego spodziewaliśmy się od początku: gdzieś, gdzie będzie sporo wieżowców czy innych ciekawych budynków. No, żeby było czuć tę metropolię. Napotkaliśmy nawet jeden Hutong, czyli otoczony murem mały kompleks budynków mieszkalnych, w których kiedyś mieszkali Chińczycy. Nie weszliśmy jednak, bo spłukaliśmy się na zakupach i byliśmy tylko we dwójkę, a do tego powietrze dzisiaj trochę brudne, wolałbym zobaczyć to miejsce przy słońcu. Mam na to kolejne pięć miesięcy, zdążę.

 

I tak siedzę właśnie teraz w pokoju, piszę tę notkę. Nogi mnie trochę bolą od łażenia, ale jestem zadowolony, udało się w końcu coś zobaczyć. Coś ładnego. Podobało mi się. Nie wiem czy uda mi się jutro sklecić jakiś wpis, ale możecie zajrzeć tu jakoś po 15-stej (czasu polskiego), postaram się może pokazać mój akademik albo pokazać jak działają tutaj kurierzy. Jak mi się nie uda to przepraszam. I więcej już nie nudzę, trzymajcie się!

Komentarze

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Inline
Inline